sobota, 20 października 2012

Część IV


  "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mark i Jun, siedzący mu grzecznie na ramieniu, poszli teraz do małego 
parku. Usiedli na jednej z ławek i zaczęli wygrzewać się na słońcu. 
Chłopiec zdjął Juna z ramienia i posadził obok siebie. Ze swojej torby
wyciągnął butelkę wody i kanapkę, którą zabrał z domu. Odkręcił picie, a do korka
nasypał trochę karmy dla małego przyjaciela. Przez chwilę zdawało mu się, że
Jun chciałby mu z całego serca podziękować. Teraz było tylko słychać chrupanie
głodnego zwierzaka i szum liści poruszanych przez lekki wiatr. Chłopcu 
przypomniała się ta piękna aleja. Nie mógł o niej zapomnieć. Z zadumy wyrwał go
Jun, który domagał się kolejnej porcji swojego przysmaku. Białowłosy spojrzał
na pogryziony korek i westchnął cicho. Szczurek najwyraźniej zrozumiał, o co
chodzi jego właścicielowi, bo zasłonił małe zielone oczka swoimi delikatnymi
łapkami na znak przeprosin. Na twarzy Marka znów zawitał uśmiech. Nasypał trochę
jedzenia na swoją rękę i podstawił pod pyszczek Juna. Sam zaś zaczął gryźć swoją 
kanapkę. Siedzieli tak razem, jak prawdziwi przyjaciele, zadowoleni, szczęśliwi 
i najedzeni. Zostali jeszcze chwilę w tym parku, a gdy już odpoczęli, Mark posadził
Juna na jego miejscu (na ramieniu chłopca) i ruszyli dalej. Było już dość późno. 
Znów pojawił się problem noclegu. Chłopiec miał już za mało pieniędzy, 
aby po raz kolejny wynająć pokój w gospodzie. Po dłuższym namyśle zdecydował, że
tej nocy nie będzie spał, znów będzie zwiedzał. Było to możliwe, ponieważ nie 
odczuwał wtedy zmęczenia, czuł się świetnie i w pełni sił. Postanowił znów 
udać się do tego pięknego miejsca, którego obraz wciąż miał przed oczami. 
Chciał znowu ujrzeć piękno drzew, które teraz były pod osłoną nocy. Latarnie 
świeciły słabym światłem, nie oślepiały swoim blaskiem. Wiatr nie ustawał, 
zbierało się na burzę. Mark jednak był zbyt zafascynowany krajobrazem by 
to zauważyć. Położył Juna na ławce obok siebie i przykrył swoją bluzą. Szczurek 
spojrzał na niego z podziękowaniem. Oparł małą główkę o kaptur od jego nowego 
okrycia i po chwili już spał. Teraz chłopiec mógł w pełni cieszyć się widokiem. 
Liście robiły piruety jak w szaleńczym tańcu. Wirowały następnie unosiły się, 
by znów upaść. Mark porównał te liście do ludzi - zrywają się z drzewa, by 
rozpocząć swój taniec, którym jest życie. Przeżywają je na różne sposoby, różne 
tańce. Wszystko po to, by w końcu upaść i nie móc już więcej tańczyć, czyli umrzeć.
Chłopiec przyglądał się uważnie każdemu listkowi. Z zamyślenia wyrwał go wiatr, 
który teraz wiał z większą siłą. Białe kosmyki włosów Marka unosiły się 
zasłaniając jego błękitne oczy. Nadszedł czas na dalszą drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz