"Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Prawie biegnący Tobi skierował się w stronę centrum.Teraz było tam
przepięknie.Drzewa okryte białym puchem,który wciąż spadał z nieba.Domy
również przysypane śniegiem wyglądały jak w święta,a była przecież późna jesień,
nie zima.Nagle chłopiec ustał.Mark pomyślał,że może coś się stało,albo jego
kolega coś zobaczył,ale tak nie było.-Jesteśmy na miejscu.-Tobi odwrócił się do
białowłosego,który ujrzał wielki uśmiech na jego twarzy.Marka zamurowało.Stał jak
wryty przed aleją,którą wcześniej podziwiał,w której tylko to jedno wydarzenie
zapadło mu się w pamięć.Jego twarz zbladła.Czuł,że znów traci siłę.Od małego był
bardzo słabym dzieckiem i tak mu już zostało.Osunął się na ramię Tobiego,który w
ostatniej chwili złapał opadającego jak kłoda chłopca.Bardzo zmartwił się stanem
Marka,jego ciągłym osłabieniem.Na dodatek nie wiedział nawet dlaczego tak nagle
stracił on przytomność.Położył go na swoich małych kolanach opierając jego głowę
na swoim ramieniu.Mark powoli odzyskiwał przytomność. Tobi nie pozwolił mu jednak
wstać,kazał leżeć i poczekać,aż nabierze więcej siły.Na twarz chłopców wciąż
sypały się płatki śniegu,które roztapiając się otrzeźwiały Marka.Całkowicie
przebudzony białowłosy kucnął lekko na śniegu.Zimny kawałek lodu,który Tobi
przyłożył mu do czoła,stopił się w bardzo krótkim czasie. -Już jest dobrze,możemy
iść dalej.-powiedział Mark. -Nie ma mowy.Wracamy.Przyjdziemy tu kiedy indziej.
-odparł Tobi. Wziął go pod rękę i zaprowadził do 'domu'.Pomógł mu wdrapać się na
łóżko i przykrył pod sam nos.Sam natomiast położył się na swoim materacu owijając
się kocem.Chłopcy od razu zasnęli.Zapadła wyjątkowo chłodna noc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz