sobota, 20 października 2012

Część V


  "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Chłopiec poszedł w głąb alei. Światło latarni było coraz słabsze. Po
pewnym czasie było już całkowicie ciemno. Mark nie widział nawet czubka swojego 
nosa. Poczuł lekkie drapanie po ręku. Był to Jun, który właśnie się obudził 
i próbował wspiąć na ramię swojego właściciela. W mroku można było tylko zobaczyć
błyszczące się oczka małego szczurka. W oddali białowłosy ujrzał światło. 
Postanowił pójść w jego stronę. Potykał się o małe kamienie, bo wciąż było zbyt 
ciemno aby mógł zobaczyć drogę. Ostrożnie stawiał kolejne kroki zbliżając się 
do tajemniczego źródła światła. Jun do tej pory cichutko popiskiwał, lecz w 
pewnym momencie zamilkł, jak na rozkaz. Marka przeszedł dreszcz. Zatrzymał się, 
na samym środku dróżki, pogrążony w ciemności. Po chwili spostrzegł, że owe światło, 
do którego się kierował, jest coraz bliżej niego. Z każdą chwilą ogarniał go 
większy strach. Serce zaczęło wyrywać mu się z piersi. Z każdą chwilą światło było 
coraz bliżej. Jun, który był równie przerażony, wpełzł przez mały otwór w plecaku 
zawieszonym na ramieniu chłopca. Mark obezwładniony przez strach mógł w tej 
chwili tylko wycofać się i uciec jak najdalej od tajemniczego światła. Stawiał 
dosyć małe kroki w tył, lecz natrafił na korzeń drzewa wyrastający z ziemi. Nie 
widząc nawet własnych stóp, przewrócił się i upadł uderzając głową o kamienie. 
Stracił przytomność. Chłopiec obudził się w małym pokoju z prawie przezroczystą 
szybą w drzwiach. Czuł się strasznie osłabiony,  a z rany na skroni wciąż płynęła 
mu krew. Dopiero po pewnym czasie poczuł, że z sufitu coś na niego kapie. Był to 
deszcz. Na zewnątrz była burza, grzmiało, a deszcz mocno walił w dachy domów. Wiał 
porywisty wiatr wprawiający w ruch nawet największe drzewa, które pod jego 
wpływem głośno szumiały. Zimny powiew orzeźwiającego powietrza spowodował u 
Mark'a gęsią skórkę. Gdy już oprzytomniał, przypomniał sobie o plecaku z Jun'em.
Nerwowo rozglądał się w jego poszukiwaniu. W ciemności ujrzał słomę warlającą 
się po całym pomieszczeniu. Wytężył wzrok i zobaczył swojego małego przyjaciela 
leżącego na plecaku. Nie dawał żadnych oznak życia, przez co chłopiec zaniepokoił 
się jeszcze bardziej. Zerwał się na równe nogi i mimo tępego bólu głowy 
utrudniającego każdy ruch, podbiegł do swojego szczurka. Siedział teraz obok 
niego rozważnie planując kolejne działania. W żadnym wypadku nie chciał pogorszyć
jego stanu, ale nie chciał też siedzieć bezczynnie i patrzeć jak jedyny 
przyjaciel, którego posiadał...umiera. Białe futerko Jun'a miało teraz barwę 
czereśni, był ranny. Mark zaczął się obwiniać za stan szczurka, sądził, że to przez
niego leży teraz w tym przerażającym pomieszczeniu, prawie martwy. Zły na samego 
siebie chłopiec nie myśląc już o niczym więcej, szybkim lecz delikatnym ruchem 
podniósł małego kumpla i przytulił do swojej piersi. Przykrył go skrawkiem
uchronionej przed deszczem koszuli, żeby nie zamarzł. Mimo woli, łzy same popłynęły
mu z jego błękitnych oczu. Była teraz niesamowita cisza, a przynajmniej
tak się wydawało białowłosemu. Nie zwracał już nawet uwagi na zranioną skroń, z 
której wciąż płynęła krew. Nagły i prawie niezauważalny ruch Jun'a sprawił, że na 
twarzy Mark'a pojawił się szczery uśmiech. Nie mógł usiedzieć z radości. Mały 
szczurek na widok swojego właściciela w takim stanie szczęśliwie popiskiwał. 
Jednak wciąż był ranny, a do jego małych płuc z trudem docierało powietrze. Gdy 
Mark to spostrzegł, znów ogarnął go niepokój. Pogłaskał go po jego małej główce 
i położył na kolanach. Zdjął z siebie następnie koszule i rozłożył na lodowatej 
podłodze układając coś na kształt posłania. Z największą ostrożnością przełożył 
Jun'a. Szczurek z wdzięcznością patrzył na właściciela, jakby wiedział co się tak 
na prawdę stało. Ogarnął ich całkowity mrok, zapadła noc, a oni zasnęli ze 
strachu i zmęczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz