sobota, 8 grudnia 2012

Give me a choice II


~~~~~~~~~~~~~~~~
Zmęczony całym dniem Jake wrócił do domu,którym było zimne i wiecznie 
puste mieszkanie znajdujące się niedaleko studia.Był wieczór,dzień przed 
mikołajkami.Przez chwile próbował sobie przypomnieć,komu miał kupić prezent z 
tejże okazji.Lecz po kilku minutach namysłu,zrezygnował całkowicie z zakupu.
Jego rodzice,którzy od kilku miesięcy znajdowali się w Anglii (ponieważ 
wyjechali w sprawach służbowych),co jakiś czas przysyłali mu pieniądze,żeby 
niczego mu nie brakowało.I w tym przypadku tak było.Wysłali oni dodatkową kwotę
na prezent dla osoby,którą miało wylosować ich dziecko.Jednak,jako że Jake 
postanowił go nie kupować,mógł sobie zafundować jakąś dodatkową przyjemność,
ale o tym miał zamiar myśleć dopiero rano.Teraz chciał tylko rzucić się na 
łóżko i zasnąć.Tak też zrobił.Nie zdążył przekroczyć progu pokoju,kiedy już 
zasnął.W nocy zbudził go straszny koszmar.Później już nie mógł zasnąć.Kilka 
godzin leżał twarzą do sufitu,na którym wisiało zdjęcie.Zdjęcie zrobionego 
jego młodszej siostrze,która zmarła przed dwoma laty.W tamtych latach okolice 
domu rodzinnego Jake'a nie były zbyt bezpieczne.Kręciło się tam dużo ciemnych 
typów szukających zaczepki u każdego.Pewnego dnia,gdy Selvi (bo tak nazywała 
się siostra Jake'a) wracała ze szkoły,ktoś ją zaczepił.Ona nie chciała z nim 
nawet rozmawiać,ale on był nachalny i nie miał zamiaru odpuścić.W trakcie ich 
rozmowy dwoje rosłych mężczyzn zaczęło się do nich zbliżać.W pewnym momencie 
złapali Selvi.Krzyczała.Prosiła.Bezskutecznie.To był ostatni dzień,kiedy Jake 
widział ją uśmiechniętą.Tak na prawdę widział ją po raz ostatni żywą.Później 
okazało się,że ci ludzie,którzy pozbawili ją życia,nawet nie zostaną ukarani,
ponieważ nikt nie mógł udowodnić ich winy. -Powinni gnić w więzieniu.A 
najlepiej zginąć w najgorszych męczarniach,jakie można sobie wyobrazić 
-wyszeptał sam do siebie.Jego policzki zrobiły się wilgotne.Przewrócił się na 
bok i zamknął oczy.Dopiero teraz uświadomił sobie,że tak na prawdę nikogo nie 
ma-rodzice z każdym rokiem coraz dalej,a innej rodziny nie posiadał.W końcu 
wykończony zasnął.Wciąż śnił mu się ten sam sen- że jest świadkiem całego 
zdarzenia i mimo,że stoi obok,nie może nic zrobić.Patrzy się na cierpienie 
jedynej mu bliskiej osoby.
~~~~~~~~~~~~~~~~

wtorek, 4 grudnia 2012

Give me a choice I


~~~~~~~~~~~~~~
Dzień zaczął się jak każdy inny.Jake obudził się o godzinie 9 rano.Nie
przejął się zbytnio tym,że jest już dawno spóźniony do szkoły.Leniwie zszedł z
łóżka i w cale się nie spiesząc,poszedł do łazienki.Po 15 minutach wyszedł 
ubrany w swoje przetarte rurki i koszule.Ogarnął włosy,zarzucił na plecy torbę
i założył buty.Często zdarzało mu się o czymś zapominać,a to książki,a to 
kluczy.Nigdy jednak nie zapomniał o jednej rzeczy-o swojej gitarze.Nie raz 
mówił,że to nie jest tylko zwykły instrument,jak każdy inny.Mówił,że gdy na 
niej gra,czuje jakąś satysfakcje,że wyraża samego siebie-bez zbędnych słów i 
nudnych gestów.Nikomu jej nie pożyczał,ani nie dawał na niej zagrać.To był 
jego "skarb".Złapał ją więc w rękę i wyszedł z mieszkania.Zanim dotarł do 
szkoły,była już godzina 10:30.Wparował do sali w trakcie lekcji geografii.
Mająca już swoje lata nauczycielka,której Jake przeszkodził,zignorowała jego
aroganckie zachowanie i prowadziła lekcję dalej.Chłopak nawet nie pofatygował 
się do biurka nauczycielki,żeby jakoś wyjaśnić swoje spóźnienie.Parsknął tylko
parszywie śmiechem i usiadł w swojej ławce,która znajdowała się na samym końcu
sali.Rzucił plecak obok siebie,a sam położył się na ławce zasłaniając twarz
kapturem bluzy i rękami.Nie przejmując się "zabójczymi" spojrzeniami 
nauczycielki,po chwili zasnął.Obudził go dopiero dzwonek oznaczający koniec 
zajęć.Wstał leniwie,przetarł twarz,zabrał torbę z gitarą i wyszedł z sali.
W planie miał jeszcze kilka lekcji,ale stwierdził,że nie będzie się uczył tych
przedmiotów,bo w niczym mu się nie przydadzą.Wolnym krokiem wyszedł z budynku
i poszedł do swojego ulubionego miejsca-starego studia muzycznego.Nikt już z
niego nie korzystał,więc był cały zawalony gratami.Na szczęście grupa,która
jako ostatnia nagrywała tam swoją muzykę,zapomniała zabrać kilku rzeczy.
Chłopak wyjął gitarę,a torbę rzucił w kąt.Usiadł sobie wygodnie na niskim 
krzesełku,zgarnął swoją długą grzywkę za ucho i zaczął grać.Według tych,którzy
przez przypadek słyszeli jego grę,powinien on wygrywać nie jedne konkursy,a
nawet grać w zespołach.Jednak Jake nie lubił towarzystwa innych i nawet się
z tym nie krył.Zdecydowanie wolał grać sam dla siebie.Kiedy skończył 
rozgrzewanie palców,postanowił poćwiczyć grę piosenki,którą sam napisał.Był tak
pochłonięty swoim zajęciem,że nie zauważył otwartych drzwi.W ich progu stała
smukła postać kobiety,która była widocznie zainteresowana umiejętnościami
Jake'a.Gdy on ją zauważył,przerwał utwór w połowie. -Nieźle grasz.Twój tekst?-
zapytała. -Ta.-odburknął trochę zły Jake. -Jak się nazywasz?- dociekała
nieznajoma. -A co Cię to interesuje?-warknął podirytowany chłopak. -Jak?-nie
dawała za wygraną. -Jake- odpowiedział w końcu.-A Ty?-dodał po chwili. -Lucy.-
odpowiedziała z niewiarygodnym spokojem.Kilka minut później uśmiechnęła się
lekko,po czym zostawiła Jake'a samego.Nastolatek był nie mało zaskoczony
wizytą kobiety,o imieniu Lucy,w końcu była od niego o wiele starsza.
~~~~~~~~~~~~~~~~

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Część XIII - Koniec


    "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Tobi nie czekał na Marka,tylko poszedł dalej.Białowłosemu ledwo udało 
wdrapać się po wysokiej ścianie do okna.Mimo,że był o wiele wyższy od chłopca,to 
nie miał jeszcze wprawy w takim sposobie wychodzenia.Zaraz po postawieniu 
pierwszego kroku na zewnątrz,Mark poczuł fale zimna.Była straszna wichura.Na 
dodatek duże płatki śniegu wpadały chłopcu do oczu.Przez to wszystko białowłosy 
stracił z oczu Tobiego,który jako jedyny znał tą okolicę.Zdezorientowany chłopak
wołał jego imie przez jakiś czas,jednak bez skutku.Postanowił podążyć śladami
kolegi i jakoś go odnaleźć,ponieważ dziwnie się czuł,kiedy siedział sam w pustym,
starym pokoju Tobiego.Mimo,że było dopiero koło godziny 15,to zaczęło robić się 
coraz ciemniej,a co za tym idzie,coraz zimniej.Mark ślepo szedł przed siebie.
Nie wiedział,gdzie jest,ani dokąd zmierza.Owinął się swoim szalikiem,który do tej
pory miał w kieszeni kurtki i ruszył dalej.O mały włos nie potknął się o 
wzniesienie,którego nie dało się zobaczyć,ponieważ był przykryty grubą warstwą 
śniegu.Zmarznięty chłopak owinął się dokładniej oszroniałym szalikiem.W jego
głowie był mętlik.Nie wiedział o czym miał myśleć,co czuć.Zdawało mu się,że w 
mroku,który zapadł kilka godzin temu,zobaczył tę samą latarnie.Tę,która 
prowadziła do alei.Myślał,że już wie gdzie jest,że teraz da rade wrócić,sam 
znajdzie drogę powrotną.Odetchnął głęboko z nadzieją,że zaraz to wszystko 
się skończy.Starał się podnieść na duchu samego siebie.Z determinacją ruszył w
kierunku owej latarni.Jednak z każdym metrem zmniejszającym odległość między nim,
a nią,coś się zmieniało.Chłopak czuł,że dzieje się coś dziwnego,jednak nie 
wiedział co.Tuż przy samej latarni,wśród otaczającego go mroku i zimna,poczuł 
falę gorąca.Był zdziwiony,a nawet lekko zszokowany,tym co się właśnie stało,no
przecież w końcu znajdował się w środku zawieruchy-śniegu,zimna,wiatru,ciemności.
Dlaczego więc odczuł takie ciepło? Przez cały czas zadawał sobie to pytanie,
zatracając się w możliwych odpowiedziach.Nie zastanawiał się jednak długo,nie 
miał na to siły.Białowłosy był zmarznięty,głodny i znajdował się w nieznanym
mu miejscu.Jakby jeszcze tego było mało,żarówka lampy,przy której stał,zaczęła 
się przepalać.Załamany Mark postanowił się poddać i już więcej nie walczyć z tym
wszystkim.Wolał zamarznąć niż dalej cierpieć.Pierwszy raz tak o tym pomyślał.
Kiedyś,zrobiłby wszystko,żeby jakoś wytrwać,ale teraz tego nie chciał.Nic go do
tego nie motywowało.Nie miał do czego wracać.Powoli tracił siłę,a oczy same mu
się zamykały.Nagle ktoś złapał go za rękę.Ciepła dłoń nieznajomej osoby ożywiła
trochę chłopaka.Lecz był zbyt wyziębiony,żeby móc coś powiedzieć.W blasku 
latarni,która rzucała już teraz tylko lekką łunę światła,zobaczył postać 
dziewczyny.Zupełnie mu nieznanej osoby.Była ona ubrana w białą czapkę,która
nieskutecznie zasłaniała jej niebywałe,czarne włosy i biały żakiet z czarnymi 
rękawami.Mark od razu skojarzył ją z pingwinem.Tak ją też przypadkowo nazwał.
Dziewczyna złapała go za rękaw i mocno ciągnęła za sobą.Nic nie powiedziała,
nie wyjaśniła,tylko biegła.Zszokowany białowłosy nie miał nawet siły,by się jej
przeciwstawić.Po dłuższym czasie biegu,Mark był już całkowicie wykończony.Na
szczęście tajemnicza dziewczyna zatrzymała się.Byli teraz w ciemnej uliczce,
prawie w ogóle nie oświetlonej.Odwróciła się przodem do chłopca i znów nic nie
mówiąc,uścisnęła go z całej siły. -Kim Ty jesteś?- zapytał wymęczony Mark.Nie
dostał jednak odpowiedzi.Nie zdążył jej usłyszeć.W głuchej ciszy nocy zapadł
tylko jeden strzał.Jeden-ale trafiony,jeden-ale kończący wszystko.Białowłosy
na kolana.Na jego twarzy pojawiło się przerażenie,ale w jego oczach było widać
szczęście.Cieszył się z tego,że to już koniec,że nie musi się niczym martwić.
Zraniony prosto w serce chłopiec upadł na ziemię.Śnieżnobiałe włosy zabarwiły 
się jego własną krwią.W ostatnich chwilach swojej przytomności w jego głowie
nie było mętliku-tak jak zwykle u niego bywało.Zadał sobie tylko jedno pytanie-
Dlaczego to się stało? Zdawał sobie jednak sprawę,że potrafi na nie odpowiedzieć,
bez niczyjej pomocy.Ostatnią myślą była właśnie odpowiedź,którą poznał tylko on.
"Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jak się później okazało,tajemnicza dziewczyna,nazwana przez Marka "Pingwinem",miała na imię Alice i została wysłana przez Tobiego. Miała za zadanie pomóc białowłosemu,a przynajmniej postarać się uniknąć nieuniknionego.
Wcześniej wspomnianemu Junowi-szczurkowi chłopca też za dobrze się nie powodziło.Zaraz po jego zniknięciu trafił do bardzo wymagającego sportowca,który miał dziwną obsesję.Jego tendencją było meczenie zwierząt.Łatwo się więc domyślić,co się stało z biednym szczurkiem.
Tobi zniknął.Nikt go już więcej nie widział,a co najdziwniejsze,nikt nie znał chłopca o takim imieniu.Mieszkańcy pytani o historie spalonego budynku,w którym chłopcy spali,odpowiadali,że cała rodzina,zamieszkująca wcześniej to mieszkanie,zginęła w pożarze.

sobota, 1 grudnia 2012

Część XII


  "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Oboje wstali wraz ze wschodem słońca.Mimo dość długiego snu,byli jeszcze 
trochę zmęczeni,więc chwilę później znów położyli się do łóżek.Marka zbudziło
pianie koguta,który widocznie także zaspał,bo było już sporo po południu.Wyspany
chłopiec przeciągnął się leniwie i spojrzał na śpiącego na materacu Tobiego.Nie
wiedzieć czemu,białowłosy poczuł,że jest mu jakoś cieplej.Zdezorientowany chłopak
nie miał pojęcia,czemu tak się stało.Schował się pod kołdrą i przykryty po sam 
nos próbował znów zasnąć.Nie udało mu się to jednak,bo po kilkunastu minutach
wstał Tobi.Mocno zaspany chłopiec popatrzył na Marka i ziewnął głośno.Chwilę 
później na jego twarzy znów pojawił się wesoły uśmiech,a oczy błyszczały.Mark
odpowiedział mu tym samym,szczęśliwym uśmiechem.Po chwili ciszy białowłosy zaczął
 -Wstałem trochę wcześniej od Ciebie,ale nie potrafiłem Cię obudzić.- powiedział
schodząc z łóżka. -Aż tak mocno spałem?- odpowiedział zdziwiony chłopiec.Wiedział 
bowiem,że od zawsze miał lekki sen. -Nie,nie o to chodzi.Nawet nie próbowałem.-
odrzekł mu na to zakłopotany białowłosy. -Oj tam,nie ważne.-powiedział wciąż
trochę zaskoczony Tobi. -Teraz już nie śpię,więc możemy iść coś zjeść-dodał 
jak zwykle wesołym głosem. -Dobra,ale tym razem to ja coś przygotuję.W końcu ma
się tą wprawę w pichceniu-powiedział dumnie Mark. -Dobrze,dobrze mamo-odpowiedział
Tobi głośno się śmiejąc. -Bądź grzeczny,bo nie będzie obiadu- przestrzegł go Mark,
który ledwo powstrzymywał się od śmiechu. -Tak mamusiu.-odrzekł mu na to 
roześmiany Tobi. -To chodź do kuchni,tylko nic nie spal.-dodał. -Jak możesz 
wątpić w moje zdolności.Ostatnio nawet udało mi się nie przypalić wody na herbatę
-odpowiedział dumny z siebie Mark.tobi zatrzymał się na chwilę i popatrzył na 
białowłosego. -To może lepiej jednak ja coś przygotuję- odparł po chwili. -Pff,
no niech Ci będzie.Ale następnym razem ja robię śniadanie i bez dyskusji.
-skończył Mark. -Jeśli będzie następny raz...to czemu nie.-odparł już mniej 
wesoły Tobi.Zaskoczony Mark nie wiedział co powiedzieć.Dopiero po chwili,gdy
zobaczył chłopca,który znów wychodził oknem powiedział do niego -Czemu miałoby
nie być następnego razu?- Nie dostał jednak odpowiedzi.Nie chciał też naciskać
na chłopca,wiedział,że jeśli by mógł mu odpowiedzieć,to by to zrobił.

środa, 31 października 2012

Część XI


  "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Prawie biegnący Tobi skierował się w stronę centrum.Teraz było tam 
przepięknie.Drzewa okryte białym puchem,który wciąż spadał z nieba.Domy 
również przysypane śniegiem wyglądały jak w święta,a była przecież późna jesień,
nie zima.Nagle chłopiec ustał.Mark pomyślał,że może coś się stało,albo jego 
kolega coś zobaczył,ale tak nie było.-Jesteśmy na miejscu.-Tobi odwrócił się do
białowłosego,który ujrzał wielki uśmiech na jego twarzy.Marka zamurowało.Stał jak
wryty przed aleją,którą wcześniej podziwiał,w której tylko to jedno wydarzenie
zapadło mu się w pamięć.Jego twarz zbladła.Czuł,że znów traci siłę.Od małego był
bardzo słabym dzieckiem i tak mu już zostało.Osunął się na ramię Tobiego,który w 
ostatniej chwili złapał opadającego jak kłoda chłopca.Bardzo zmartwił się stanem 
Marka,jego ciągłym osłabieniem.Na dodatek nie wiedział nawet dlaczego tak nagle 
stracił on przytomność.Położył go na swoich małych kolanach opierając jego głowę 
na swoim ramieniu.Mark powoli odzyskiwał przytomność. Tobi nie pozwolił mu jednak 
wstać,kazał leżeć i poczekać,aż nabierze więcej siły.Na twarz chłopców wciąż 
sypały się płatki śniegu,które roztapiając się otrzeźwiały Marka.Całkowicie 
przebudzony białowłosy kucnął lekko na śniegu.Zimny kawałek lodu,który Tobi 
przyłożył mu do czoła,stopił się w bardzo krótkim czasie. -Już jest dobrze,możemy 
iść dalej.-powiedział Mark. -Nie ma mowy.Wracamy.Przyjdziemy tu kiedy indziej.
-odparł Tobi. Wziął go pod rękę i zaprowadził do 'domu'.Pomógł mu wdrapać się na 
łóżko i przykrył pod sam nos.Sam natomiast położył się na swoim materacu owijając 
się kocem.Chłopcy od razu zasnęli.Zapadła wyjątkowo chłodna noc.

poniedziałek, 29 października 2012

Część X


 "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Białowłosy szybko zarzucił na siebie swoją grubą,czarną bluzę i z 
uśmiechem na twarzy skierował się do drzwi. -Tędy nie przejdziesz.-poinformował 
Tobi.-Przynajmniej lepiej,żebyś nie szedł tamtędy.Wyjdziemy oknem-dodał.
Zdziwiony i zaskoczony Mark nie sprzeciwiał się,ani nie zadawał pytań.Nie chciał 
poznawać kolejnej tajemnicy,która się za tym wszystkim kryła.Tobi pomógł 
wydostać się niedoświadczonemu koledze z pomieszczenia,po czym jednym ruchem 
zrobił to samo,tylko o wiele sprawniej i szybciej. -Gotowy na zwiedzanie?-
zapytał rozpromieniony Tobi. -Prowadź.-odparł równie zadowolony białowłosy.Mark 
czuł,że Tobi staje się jego nowym kumplem,nie zapominał jednak o swoim pierwszym 
najlepszym zwierzęcym przyjacielu-Junie.Gdy pomyślał o nim,posmutniał. Tobi,który 
to zauważył,domyślił się co jest powodem jego smutku i powiedział najbardziej 
opanowanym i pewnym głosem jaki kiedykolwiek Mark mógł usłyszeć -Spokojnie,Twój 
szczurek się znajdzie,przyrzekam Ci to.- Po raz kolejny białowłosy uwierzył 
chłopcu.Sam nie wiedział czemu mu tak ufa.-No dobra,chodźmy- uśmiechnął się 
lekko i przyspieszył kroku wyprzedzając tym samym Tobiego. Ten,ciesząc się 
niezmiernie,pobiegł za kolegą przeskakując zaspy śnieżne. -To gdzie najpierw? 
-zapytał Mark. -Zobaczysz,chodź za mną. -odparł chłopiec.

piątek, 26 października 2012

Część IX


  "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mijał miesiąc od wyruszenia Marka z domu,sam nawet nie wiedział,w jaki 
sposób udało mu się tyle przetrwać z dala od bliskich.Nie interesowało go jednak,
czy ktoś przejął się jego zniknięciem,czy ktoś się o niego martwi,czy go szuka-
pewnie tak było,Mark nie chciał tego wiedzieć.W głębi czuł,że staje się
bardziej dorosły,przynajmniej tak mu się wydawało.Chciał stać się bardziej
odpowiedzialny,nauczyć się radzić sobie z problemami.Wiedział,że gdyby teraz
go odnaleźli,na nic zdałby się cały ten miesiąc a razem z nim wszystkie starania
poszłyby na marne.Gdy białowłosy pogrążony był w głębokim,pięknym śnie,Tobi już
wstał.Postanowił przygotować coś do jedzenia dla swojego nowego znajomego.Cicho
podniósł się z materaca i wyszedł z pokoju pozostawiając śpiącego samemu sobie.
Chciał być przy nim gdy się obudzi,więc starał się robić wszystko bardzo szybko,
ale nie pomijając żadnego szczegółu.W czasie nieobecności chłopca,Mark wybudził
się ze snu.Szybkim ruchem zeskoczył z łóżka na szorstki,czarno-czerwony dywanik.
Przeciągnął się leniwie i podszedł do okna.Był koniec października,a na dworze
spadł już pierwszy śnieg.Zafascynowany Mark siedział przyklejony do szyby.W tym
właśnie momencie wszedł do pokoju Tobi,który na widok białowłosego nie mógł
powstrzymać się od śmiechu.Mark widząc reakcję chłopaka zrobił taką minę,że Tobi
zaczął śmiać się jeszcze głośniej.Białowłosy również wybuchnął nagłym śmiechem,
sam nie wiedział dlaczego.Teraz pomieszczenie było wypełnione radosnymi głosami
dwóch,na pozór różniących się od siebie,niczym nie związanych ze sobą chłopców.
Gdy już przestali się śmiać a wokół zapanowała dziwna cisza,Tobi powiedział
wesołym głosem -Mam dla Ciebie śniadanie i nawet nie próbuj odmawiać,bo się 
bardzo starałem,żeby je przygotować -popatrzył na białowłosego maślanymi oczami
nie przestając się uśmiechać. -No dobrze,dobrze mamo.-Odpowiedział Mark.Pierwszy
raz od bardzo dawna chłopiec czuł się dobrze w czyimś towarzystwie.Potrafił się
śmiać,cieszyć.Coraz bardziej nie chciał wracać do domu,do poprzednich nawyków,
dawnego życia.Z zamyślenia wyrwał go głos Tobiego -Może wyjdziemy na dwór? Jest
trochę zimno,ale to chyba nie szkodzi.Poza tym,ile można siedzieć w jednym 
pokoju.-chłopiec zrobił taką niewinną minę,że Mark nie mógł się oprzeć i po 
prostu zgodził się na wyjście.Nawet nie zdawał sobie sprawy z niespodzianek,
które czekały go na zewnątrz.

Część VIII


  "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mark chciał wszystko wiedzieć dokładnie,żeby nic już go nie zaskakiwało.
Odwrócił się twarzą do Tobiego,starając się opanować,zapytał:
 -Tak w ogóle to gdzie My jesteśmy?- Mały chłopiec westchnął głęboko,bo wiedział,
że będzie musiał opowiadać białowłosemu wszystko od początku. 
 -Jesteśmy w moim starym domu.Większość budynku została zniszczona podczas pożaru,
ale ten pokój zachował się,pozostał w najlepszym stanie.Kiedyś był tu mój pokój,
dlatego jest tu więcej przestrzeni niż w innych pomieszczeniach.-tłumaczył 
chłopiec.Mark przysłuchiwał się wszystkiemu uważnie,nie chciał przegapić żadnego 
szczegółu.Gdy Tobi skończył swoją odpowiedź,białowłosy miał już w głowie kolejne
pytania,na które chciał uzyskać odpowiedź.
 -Kim Ty w ogóle jesteś? Gdzie Twoi rodzice? Dlaczego jesteś tu sam? Skąd ja 
się tu wziąłem? -zasypywał go pytaniami. -Ej,spokojnie.Wszystkiego dowiesz się 
później,mamy dużo czasu.Teraz odpoczywaj,bo znowu opadniesz z sił.-wytłumaczył 
Tobi.Posiedzieli chwilę w ciszy,patrząc na siebie i rozmyślając.Tobi-mimo,że
był młodszy od Marka,wydawał się bardziej dorosły,a nawet tak wyglądał.Ubrany
w starą granatową czapkę z daszkiem skierowanym w bok,luźną koszulkę prawie 
całkowicie zasłoniętą przez zielonkawą kurtkę i stare,przetarte trampki wyglądał na co 
najmniej 18 lat.Jak się później okazało,miał on zaledwie 15.Budziło to u Marka jeszcze 
większy podziw dla chłopca.-No dobra,to możesz mi chociaż powiedzieć,czemu mnie tu
przytargałeś?- niecierpliwił się białowłosy,którego ciekawość zżerała od środka.
 -Gdybyś wiedział to co ja i tyle samo co ja,nie zadawałbyś takich głupich 
pytań.-odpowiedział tajemniczo chłopiec.Mark,który czuł się coraz bardziej 
senny,westchnął głęboko,wtulił się w ciepłą kołdrę i już po chwili spał jak 
kamień.W tym czasie Tobi także postanowił odpocząć.Przyniósł sobie więc materac,
rozłożył go przy łóżku i przykrył się starym kocem.Zapadła noc. 

wtorek, 23 października 2012

Część VII


  "Nie ważne czemu,nie ważne po co.Ważne,że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

                   -O to Ci chodziło? -zapytał chłopczyk trzymając przed sobą szarą torbę.Gdy w 
oczach Marka pojawiły się iskierki,Tobi już znał odpowiedź.Grzecznie podał 
plecak wprost do rąk jego właściciela,który czekał na to zniecierpliwiony.Mark,
gdy tylko dorwał swoją własność,chciał jak najszybciej sprawdzić zawartość.
Zwinnym ruchem rozsunął suwak.Na jego twarzy pojawiło się zdziwienie połączone 
z przerażeniem.Plecak był pusty,były w nim tylko jakieś bezużyteczne śmieci,
papierki,butelka i resztki karmy dla zwierząt.Po Junie ani śladu.Marka zatkało,
nie mógł nic powiedzieć.Stał tak przed Tobim wpatrując się w niego pytająco.Mały
chłopiec,nie wiedząc o co chodzi,przestraszył się nieco.Już chciał odejść,gdy 
nagle Mark złapał go za rękę. 
 -Co się stało z Junem? Gdzie on jest?! -jego głos wyraźnie drżał,był 
przepełniony strachem.Czuł,że znów jest mu słabo.Usiadł na łóżku i oparł się o 
zimną ścianę.Oblał go zimny pot a oddech stał się bardziej płytki. Tobi spojrzał
na Marka i przeraził się jeszcze bardziej.Szybko otworzył małe okienko i 
pobiegł po mokrą chusteczkę.Przyłożył mu ją do czoła i spokojnie czekał.Mark z 
czasem odzyskiwał siłę i świadomość.Gdy już całkiem oprzytomniał,spokojnym 
głosem powiedział do Tobiego -w tym plecaku był taki mały szczurek z białym 
futerkiem i małymi,zielonymi oczkami.Nie wiesz może co się z nim stało? Albo
przynajmniej gdzie jest? -patrzył na chłopczyka błagalnym spojrzeniem.Miał
ogromną nadzieję,że czegoś się od niego dowie.Tobi jednak zaprzeczył krótko
skinieniem głowy.Białowłosy nie zadawał żadnych pytań przez dłuższy czas.Myślał
co będzie dalej.Mały chłopiec chciał mu jakoś pomóc,ale załamał tylko ręce i
usiadł obok niego.

sobota, 20 października 2012

Część VI


  "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Obudziło ich światło wpadające do pokoju przez szklane drzwi. Ktoś 
się zbliżał. Mark przez chwilę nawet nie wiedział gdzie są i co się z nimi stało. 
Po kilku minutach dotarła do niego fala wspomnień z poprzedniego dnia. Przeraził 
się chyba jeszcze bardziej niż wcześniej. Jun wdrapał się na białą czuprynę
właściciela, z trudem ustał na tylnych łapkach i zaczął się rozglądać. Po krótkiej 
chwili jednak stracił siłę, zachwiał się i prawie spadł na podłogę. W ostatnim 
momencie złapał go Mark. Mało brakowało, a Jun zakończyłby swoją podróż w takim 
okropnym miejscu. Oboje usłyszeli tajemnicze kroki. Usiedli w kącie, zasłonili się
bluzą i wsłuchiwali się w stukot butów. Dźwięk ten stawał się coraz głośniejszy, 
ktoś zbliżał się do drzwi. Źródło światła zostało zasłonięte, znowu ogarnęła ich 
ta złowroga ciemność. Kroki ustały. Tajemnicza osoba stała tuż przy drzwiach. 
Mark był przerażony, serce waliło mu jak oszalałe. Jun schował się w plecaku. 
Widać było tylko blask jego pięknych, zielonych oczek, w których była jakby 
iskierka nadziei, że wydarzy się coś dobrego. Mark zbliżył się do plecaka, w którym
siedział szczurek. Ktoś nacisnął na klamkę. Drzwi powoli otwierały się głośno 
przy tym skrzypiąc. Musiał to być jakiś bardzo stary dom. Jakaś wysoka postać 
weszła do pomieszczenia. Zgasło światło, które wcześniej wpadało przez szybę. 
Słychać było tylko oddech tajemniczej osoby i głośne bicie serca Marka. Ze 
strachu prawie stracił przytomność, lecz ten wysoki człowiek go złapał, 
zanim on się osunął na ziemię. Marka oblał zimny pot, czuł sie coraz gorzej. Krew
wciąż płynęła mu z nieopatrzonej skroni. Ledwo ogarniał wzrokiem co się wokół 
niego dzieje. Widział tylko, jak tajemnicza osoba, która trzymała go teraz 
w objęciach sięga po plecak, w którym ukrył się Jun. Chciał jakoś zareagować, ale
nie miał wystarczająco siły, nie mógł nawet krzyczeć. Znów zemdlał. Obudził się
w zupełnie innym pomieszczeniu. Leżał teraz w wygodnym łóżku, przykryty ciepłą 
kołdrą. Znowu szumiało mu w uszach, a powieki stawały się coraz cięższe. Nie 
wiedział co się z nim dzieje. Po raz kolejny stracił przytomność, jednak gdy tym
razem się przebudził, przy łóżku siedział chłopiec. Był o wiele młodszy od Marka. 
Miał piękne włosy - blond zmieszany z brązem. Chłopczyk patrzył z zaciekawieniem
swoimi brązowymi oczami na białowłosego, pewnie nigdy wcześniej nie widział 
nikogo o takim kolorze włosów. Gdy zobaczył, że Mark się obudził, szybko powiedział 
 - Nazywam się Tobi. A Ty jak masz na imię? I dlaczego masz białe włosy? Coś Ci 
się stało? Czy może pomalowałeś je specjalnie? Jak się czujesz?
Malec zaczął zadawać setki pytań, lecz Markowi nie starczyło siły, by na wszystkie 
odpowiedzieć. Mądry Tobi na szczęście zauważył to i szybko wybiegł z pokoju. 
Białowłosy zyskał trochę czasu, by ogarnąć w myślach, co się wokół niego dzieje. 
Przypomniał sobie wszystko dopiero po chwili i podskoczył jak poparzony. Chciał
jak najszybciej odnaleźć jego plecak i Juna w nim siedzącego. Nie zdążył jednak
wyjść z łóżka, bo mały chłopiec właśnie wbiegł do pokoju. Wielkimi oczami patrzył
na poczynania Marka, który wywalał cały pokój do góry nogami. Tobi postawił kubek
z herbatą na stoliku i próbował uspokoić szalejącego chłopaka. Gdy już mu się to 
udało, usiadł spokojnie przy niskim stoliku i przysunął kubek w stronę Marka. 
Białowłosy niepewnie chwycił kubek do ręki i zaczął pić. Nawet nie zdawał sobie
sprawy z tego, jak bardzo był spragniony. Zaraz po wypiciu całej herbaty 
opanowanym głosem mówił do Tobiego 
 - Nie widziałeś może mojego plecaka? Jest mi on bardzo potrzebny, a nie pamiętam
zbyt dokładnie co się ze mną działo i gdzie byłem. 
Chłopiec zastanawiał się chwilę, bez słowa wyszedł z pokoju i już chwilę później
stał przed Markiem z plecakiem w dłoni.

Część V


  "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Chłopiec poszedł w głąb alei. Światło latarni było coraz słabsze. Po
pewnym czasie było już całkowicie ciemno. Mark nie widział nawet czubka swojego 
nosa. Poczuł lekkie drapanie po ręku. Był to Jun, który właśnie się obudził 
i próbował wspiąć na ramię swojego właściciela. W mroku można było tylko zobaczyć
błyszczące się oczka małego szczurka. W oddali białowłosy ujrzał światło. 
Postanowił pójść w jego stronę. Potykał się o małe kamienie, bo wciąż było zbyt 
ciemno aby mógł zobaczyć drogę. Ostrożnie stawiał kolejne kroki zbliżając się 
do tajemniczego źródła światła. Jun do tej pory cichutko popiskiwał, lecz w 
pewnym momencie zamilkł, jak na rozkaz. Marka przeszedł dreszcz. Zatrzymał się, 
na samym środku dróżki, pogrążony w ciemności. Po chwili spostrzegł, że owe światło, 
do którego się kierował, jest coraz bliżej niego. Z każdą chwilą ogarniał go 
większy strach. Serce zaczęło wyrywać mu się z piersi. Z każdą chwilą światło było 
coraz bliżej. Jun, który był równie przerażony, wpełzł przez mały otwór w plecaku 
zawieszonym na ramieniu chłopca. Mark obezwładniony przez strach mógł w tej 
chwili tylko wycofać się i uciec jak najdalej od tajemniczego światła. Stawiał 
dosyć małe kroki w tył, lecz natrafił na korzeń drzewa wyrastający z ziemi. Nie 
widząc nawet własnych stóp, przewrócił się i upadł uderzając głową o kamienie. 
Stracił przytomność. Chłopiec obudził się w małym pokoju z prawie przezroczystą 
szybą w drzwiach. Czuł się strasznie osłabiony,  a z rany na skroni wciąż płynęła 
mu krew. Dopiero po pewnym czasie poczuł, że z sufitu coś na niego kapie. Był to 
deszcz. Na zewnątrz była burza, grzmiało, a deszcz mocno walił w dachy domów. Wiał 
porywisty wiatr wprawiający w ruch nawet największe drzewa, które pod jego 
wpływem głośno szumiały. Zimny powiew orzeźwiającego powietrza spowodował u 
Mark'a gęsią skórkę. Gdy już oprzytomniał, przypomniał sobie o plecaku z Jun'em.
Nerwowo rozglądał się w jego poszukiwaniu. W ciemności ujrzał słomę warlającą 
się po całym pomieszczeniu. Wytężył wzrok i zobaczył swojego małego przyjaciela 
leżącego na plecaku. Nie dawał żadnych oznak życia, przez co chłopiec zaniepokoił 
się jeszcze bardziej. Zerwał się na równe nogi i mimo tępego bólu głowy 
utrudniającego każdy ruch, podbiegł do swojego szczurka. Siedział teraz obok 
niego rozważnie planując kolejne działania. W żadnym wypadku nie chciał pogorszyć
jego stanu, ale nie chciał też siedzieć bezczynnie i patrzeć jak jedyny 
przyjaciel, którego posiadał...umiera. Białe futerko Jun'a miało teraz barwę 
czereśni, był ranny. Mark zaczął się obwiniać za stan szczurka, sądził, że to przez
niego leży teraz w tym przerażającym pomieszczeniu, prawie martwy. Zły na samego 
siebie chłopiec nie myśląc już o niczym więcej, szybkim lecz delikatnym ruchem 
podniósł małego kumpla i przytulił do swojej piersi. Przykrył go skrawkiem
uchronionej przed deszczem koszuli, żeby nie zamarzł. Mimo woli, łzy same popłynęły
mu z jego błękitnych oczu. Była teraz niesamowita cisza, a przynajmniej
tak się wydawało białowłosemu. Nie zwracał już nawet uwagi na zranioną skroń, z 
której wciąż płynęła krew. Nagły i prawie niezauważalny ruch Jun'a sprawił, że na 
twarzy Mark'a pojawił się szczery uśmiech. Nie mógł usiedzieć z radości. Mały 
szczurek na widok swojego właściciela w takim stanie szczęśliwie popiskiwał. 
Jednak wciąż był ranny, a do jego małych płuc z trudem docierało powietrze. Gdy 
Mark to spostrzegł, znów ogarnął go niepokój. Pogłaskał go po jego małej główce 
i położył na kolanach. Zdjął z siebie następnie koszule i rozłożył na lodowatej 
podłodze układając coś na kształt posłania. Z największą ostrożnością przełożył 
Jun'a. Szczurek z wdzięcznością patrzył na właściciela, jakby wiedział co się tak 
na prawdę stało. Ogarnął ich całkowity mrok, zapadła noc, a oni zasnęli ze 
strachu i zmęczenia.

Część IV


  "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mark i Jun, siedzący mu grzecznie na ramieniu, poszli teraz do małego 
parku. Usiedli na jednej z ławek i zaczęli wygrzewać się na słońcu. 
Chłopiec zdjął Juna z ramienia i posadził obok siebie. Ze swojej torby
wyciągnął butelkę wody i kanapkę, którą zabrał z domu. Odkręcił picie, a do korka
nasypał trochę karmy dla małego przyjaciela. Przez chwilę zdawało mu się, że
Jun chciałby mu z całego serca podziękować. Teraz było tylko słychać chrupanie
głodnego zwierzaka i szum liści poruszanych przez lekki wiatr. Chłopcu 
przypomniała się ta piękna aleja. Nie mógł o niej zapomnieć. Z zadumy wyrwał go
Jun, który domagał się kolejnej porcji swojego przysmaku. Białowłosy spojrzał
na pogryziony korek i westchnął cicho. Szczurek najwyraźniej zrozumiał, o co
chodzi jego właścicielowi, bo zasłonił małe zielone oczka swoimi delikatnymi
łapkami na znak przeprosin. Na twarzy Marka znów zawitał uśmiech. Nasypał trochę
jedzenia na swoją rękę i podstawił pod pyszczek Juna. Sam zaś zaczął gryźć swoją 
kanapkę. Siedzieli tak razem, jak prawdziwi przyjaciele, zadowoleni, szczęśliwi 
i najedzeni. Zostali jeszcze chwilę w tym parku, a gdy już odpoczęli, Mark posadził
Juna na jego miejscu (na ramieniu chłopca) i ruszyli dalej. Było już dość późno. 
Znów pojawił się problem noclegu. Chłopiec miał już za mało pieniędzy, 
aby po raz kolejny wynająć pokój w gospodzie. Po dłuższym namyśle zdecydował, że
tej nocy nie będzie spał, znów będzie zwiedzał. Było to możliwe, ponieważ nie 
odczuwał wtedy zmęczenia, czuł się świetnie i w pełni sił. Postanowił znów 
udać się do tego pięknego miejsca, którego obraz wciąż miał przed oczami. 
Chciał znowu ujrzeć piękno drzew, które teraz były pod osłoną nocy. Latarnie 
świeciły słabym światłem, nie oślepiały swoim blaskiem. Wiatr nie ustawał, 
zbierało się na burzę. Mark jednak był zbyt zafascynowany krajobrazem by 
to zauważyć. Położył Juna na ławce obok siebie i przykrył swoją bluzą. Szczurek 
spojrzał na niego z podziękowaniem. Oparł małą główkę o kaptur od jego nowego 
okrycia i po chwili już spał. Teraz chłopiec mógł w pełni cieszyć się widokiem. 
Liście robiły piruety jak w szaleńczym tańcu. Wirowały następnie unosiły się, 
by znów upaść. Mark porównał te liście do ludzi - zrywają się z drzewa, by 
rozpocząć swój taniec, którym jest życie. Przeżywają je na różne sposoby, różne 
tańce. Wszystko po to, by w końcu upaść i nie móc już więcej tańczyć, czyli umrzeć.
Chłopiec przyglądał się uważnie każdemu listkowi. Z zamyślenia wyrwał go wiatr, 
który teraz wiał z większą siłą. Białe kosmyki włosów Marka unosiły się 
zasłaniając jego błękitne oczy. Nadszedł czas na dalszą drogę.

Część III

    "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Białowłosy postanowił kupić jakąś pamiątkę z tego urodziwego miejsca, aby
nigdy o nim nie zapomnieć. Skierował się na mały, kolorowy targ. Z wielkimi 
oczami przechodził obok wspaniałych pamiątek. Niestety były one zbyt drogie, nie 
mógł sobie na nie pozwolić. Na samym końcu targowiska zobaczył starego sprzedawcę 
zwierzątek. Zainteresowany Mark podszedł bliżej. Na widok malutkich zwierzątek 
uśmiechnął się lekko. Z zadumy wyrwał go głos sprzedawcy "Jestem Edd, jakiś 
mój zwierzak wpadł Ci w oko? Czy może w czymś Ci pomóc?" Białowłosy zauważył 
szczery uśmiech na twarzy Edda, więc odwzajemnił go. Chłopak zastanowił się chwilę, 
przyjrzał dokładnie wszystkim zwierzętom i wskazał na małego, białego szczurka. "Tego poproszę" 
Odpowiedział z szerokim uśmiechem. Zapłacił za zwierzaka i zabrał go ze sobą. 
Wraz ze swoim nowym przyjacielem, którego nazwał 'Jun', ruszyli w dalszą drogę.
Markowi od razu poprawił się humor. Cały czas czuł obecność nowego 
przyjaciela, który siedział sobie wygodnie na jego ramieniu. Za każdym razem, 
gdy spojrzał na Juna, nie mógł powstrzymać się od szczerego uśmiechu. Widział małe, 
zielone ślepka wpatrujące się w niego z wielkim zainteresowaniem. Co jakiś czas 
czuł zimny nosek zwierzaka na swoim policzku. Sprawiało to, że białowłosy 
cieszył się jeszcze bardziej. Nie przeszkadzały mu małe pazurki wbijające się
w jego rękę, prawie ich nie czuł. Chciał się cieszyć z obecności Juna i niczym
już się nie przejmować. 
Wraz ze swym nowym kompanem szli w stronę sklepu zoologicznego. 
Przecież Jun też musi coś jeść. Już w samym progu zostali przywitani przez młodą 
kobietę. Przez chwilę Mark myślał, że zobaczył anioła, lecz opamiętał się. 
Grzecznie przywitał sprzedawczynię i z uśmiechem podszedł do lady. Nie zdążył
nawet powiedzieć, czego potrzebuje, "Anioł" już wiedział. Młoda kobieta zapewne 
domyśliła się, gdy zobaczyła Juna wędrującego po Jego koszuli, ale chłopak i tak 
był pod wielkim wrażeniem. Miła sprzedawczyni - Enni - podała Markowi średniej 
wielkości opakowanie z karmą dla Juna. Chłopiec zmartwił się jednak, gdy zobaczył 
cenę. Wiedział, że jeśli teraz za to zapłaci, to już nie będzie miał żadnych
oszczędności. Powiedział to Enni, a Ona na chwilę zamilkła po czym znów 
uśmiechnęła się przyjaźnie. Chłopiec nie wiedział na początku czemu na twarzy
kobiety maluje się taki uśmiech. Enni uspokoiła zmartwionego chłopca. Powiedziała
mu, że obniży cenę karmy o połowę, bo przecież Mark jest dwa razy młodszy od 
innych klientów. Mówiąc to uśmiech nie opuszczał jej twarzy. Teraz wyglądała 
jak prawdziwy Anioł, któremu kiedyś odebrano skrzydła. Białowłosy 
rozpromienił się, zapłacił połowę ceny i wyszedł ze sklepu nie przestając 
dziękować za dobroć nieznanej osoby.

Część II

    "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mijał stare budynki, lasy, pola, sklepy. Grzecznie witał spotykanych
mieszkańców. Z zaciekawieniem spoglądał na małe dzieci bawiące się w berka. 
On sam nie pamiętał, kiedy ostatnio bawił się z kimś. Dochodziło już południe, a
chłopiec wciąż chodził bez celu. Został zaproszony na obiad przez miłą Panią, lecz
odmówił. Mark chciał jeszcze pozwiedzać i zachwycać się pięknem tego tętniącego 
życiem, małego miasteczka. Na chwilę zatrzymał się. Zauważył bowiem aleję drzew.
Była jesień, więc aleja ta zyskała jeszcze większy urok nie pozwalając na 
obojętne minięcie. Pożółkłe liście spadały bezwiednie na dróżkę tworząc krajobraz
podobny do tych z pocztówek czy filmów. Widok był tak piękny, że Mark nawet nie 
zauważył, że na rogu ulicy stoi jego kolega z klasy - Tom. Skąd on tu się wziął? Na szczęście on także
go nie spostrzegł, bo gdyby tak się stało, podróż Marka zakończyłaby się równie
szybko, co się zaczęła. Zafascynowany olśniewającym widokiem bez namysłu skierował się
w stronę owej alei. Szedł tak zatracając się w pięknym obrazie, który właśnie 
ujrzał. Nawet nie zauważył, że zaczyna się ściemniać. Gdy to spostrzegł, było już
bardzo późno, a w mroku lśniły tylko wysokie latarnie. Mark przyspieszył kroku. 
Dopiero teraz zaczął się zastanawiać, gdzie spędzi tę noc. Nic nie przychodziło 
mu do głowy przez dłuższy czas. Coraz bardziej denerwował się. Na szczęście 
w oddali ujrzał małą gospodę. Zajrzał do sakiewki, przeliczył swój dobytek...i odetchnął.  Szybko wynajął pokój, wziął prysznic i rzucił się
na chłodną, wygodną kołdrę. Wtulił głowę w mięciutką poduszkę i rozmyślał. Po 
chwili już spał jak kamień. 
Nadszedł kolejny dzień. Mark - wyspany, ubrany i wesoły - wyszedł z gospody. 
Wszystko wydawało mu się takie piękne. Słońce świeciło, było ciepło, ptaki 
śpiewały, wesołe dzieci bawiły się na podwórkach. Uśmiech z czasem jednak zaczynał 
opuszczać twarz Marka. Jego fundusze i tak nie były na początku podróży zbyt 
duże, a teraz zostało mu już na prawdę mało pieniędzy. Zdawał sobie sprawę 
z tego, że będzie musiał wrócić do domu. Nie chciał tego, ale nie miał wyjścia.
Musiał coś wymyślić.

Część I

     "Nieważne czemu, nieważne po co. Ważne, że tak musiało się stać"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Był sobie raz chłopiec. Z pozoru normalny nastolatek. Lubił piłkę
nożną i wiele innych sportów. Nie wyglądał On jednak jak jego rówieśnicy - miał
białe włosy, które w połączeniu z Jego błękitnymi oczami wyglądały dość
osobliwie. Posiadał je od urodzenia, takiego koloru po prostu były. Wiele razy stawał się
obiektem drwin ze strony innych z tego właśnie powodu, lecz nie przejmował
się nimi zbytnio, żył własnym życiem. Wierzył, że jest wyjątkowy dzięki swojemu
wyglądowi i osobowości, nie chciał się zmieniać tylko dlatego, że komuś innemu
się to nie podoba. Chodził na zajęcia dodatkowe, uczył się też w miarę dobrze.
Mało rozmawiał z innymi uczniami, wolał się z nimi nie zadawać. Miał kilku kolegów
i koleżanek, owszem, ale nic poza tym. Nie zależało mu na bliższych znajomościach - bo po
co, niedługo i tak miał pójść do innej szkoły z racji swojej przeprowadzki
planowanej już od dłuższego czasu przez jego rodziców. Nie miał rodzeństwa, był
jedynakiem. Pewnie to właśnie dzięki temu nauczył się żyć w samotności, bez
rozmowy, czy wyjazdów ze znajomymi.
Pewnego dnia postanowił wyruszyć w podróż. Już od dawna to planował, marzył. Sam dokładnie nie wiedział
co jest Jego celem, po prostu chciał odciąć się od tych wszystkich ludzi, od ich
nienawiści, drwin i nietolerancji. Mark (bo właśnie tak nazywał się chłopiec)
zabrał więc wszystkie swoje oszczędności, spakował trochę jedzenia na drogę i
wyruszył w nieznane. Wymknął się niezauważalnie z domu późną porą,  pozostawiając jedynie
małą kartkę na stole w kuchni. Była na niej wiadomość dla jego rodziców
"Możecie być spokojni, kiedyś wrócę dumny z siebie i tego, czego dokonam".
Kochał i szanował swoich rodziców, to nie z ich powodu postanowił wyruszyć. Krótko
pożegnał się ze swoim wiernym psiskiem - Bernim i popędził do wyjścia.Cicho
zamknął za sobą drzwi i głęboko odetchnął. Wiedział, że to początek wspaniałej
przygody i niespodzianek, które go czekały. Teraz był tylko On, jego plecak i setki
planów na przyszłość. Wsiadł do pierwszego lepszego pociągu. Usiadł w prawie
pustym przedziale. Nie chciał, żeby dziesiątki oczu patrzyły się na niego i
obserwowały każdy jego ruch. Na chwilę udało mu się zasnąć. Obudził go nagły
 wstrząs wywołany zatrzymaniem pociągu na stacji. Mark wyszedł spokojnie i
przystał na chwilę. Od razu pomyślał sobie "Nadszedł już czas Mark, od teraz
tworzysz nową historię swojego życia". Westchnął cicho, poprawił torbę i ruszył
przed siebie.